niedziela, 27 kwietnia 2014

Life hack #3 : Futerkowy problem

Kiedy przychodzi ta pora roku, w której nasi włochaci pupile witają wiosnę zmianą całego owłosienia, nie da się nadążyć ze sprzątaniem. Oczywiście mamy dwie szkoły Otwocką i Falenicką- jedna głosi że zwierza należy wyszczotkować tak solidnie, żeby w ten sposób pozbawić go zimowej szaty, druga natomiast sugeruje regularne szczotkowanie- co kilka dni. Niezależnie od tego, którą ze szkół będziemy wyznawać- futro jest wszędzie. 

Rolki do czyszczenia ubrań zużywamy na kilometry. Pewnie każdy z nas sprawdzał czy to nie jest dobry sposób działać nią bezpośrednio na zwierzęciu- nie jest, zbyt mała efektywność. Oferujemy ją każdemu z gości opuszczających nasze cztery kąty, jednak wszystko ma ten sam finał-podczas arcyważnego spotkania, wszak inne nie istnieją, znajdujemy na sobie archipelagi owłosienia naszego ukochanego pieska lub kotka (lub obojga).  

My to my- rezygnujemy z welurów i aksamitów i jakoś się da przetrzymać taki czas. Gorzej jeśli nasz dom przypomina beduiński namiot wyłożony dywanami i kimami lub też mamy po prostu zwykłą wykładzinę.
Futro wchodzi wszędzie.
Wszędzie.

W moim domu dywanów lub wykładzin jest dość dużo, oznacza to też dużo odkurzania. Jednak odkurzaczowe szczotki mają swoje ograniczenia lub mam za dużo zwierząt na wydajność tego odkurzacza. Jedną z lepszych metod, jednak szalenie pracochłonną jest ściąganie całych włosów wilgotną ręką. Lekko moczymy dłoń i ściągamy włosie przesuwając ręką po obiekcie. Stanowczo nie polecam do powierzchni większych niż własne spodnie lub fotel. Dlaczego nie można przelecieć tak całego dywanu? Po pierwsze ręka nam odpadnie a po drugie najprawdopodobniej dorobimy się niemiłego obtarcia całej powierzchni dłoni. Ta metoda też ma dwie szkoły według jednej ręka powinna być goła według drugiej lepiej to robić w gumowych rękawiczkach do sprzątania. 

Wypróbowałam więc kolejną metodę- lifehackową, nazwałabym ją dogłębnym przeczesywaniem dywanu, wyciągania futra gumką. Gumką taką jak do zbierania wody podczas mycia okien (domyślam się że to może mieć różne nazwy). 

Nie powiem trzeba się namachać przeczesując, nagle każdy nawet malutki dywanik staje się bezkresnym, niekończącym się polem bitwy, ale warto. Powiem szczerze, że nie opłaca się chwytać za bardzo szerokie gumki do tej roboty, bo nasz nacisk będzie powodował, że końce będą się odginać i wcale nie będą zbierać jakiegokolwiek futra.

Ale nie będę oszukiwać, odkąd takie cudo znalazłam, nie chce mi się machać tą gumką za każdym razem kiedy sprzątam...

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jajo fail

Wczoraj pisałam o gotowaniu w zmywarce. Odnosiłam się też do artykułu w którym było mówione jak ugotować jajka w zmywarce. Zapowiedziałam, że spróbuję i to zrobiłam.


Przebiegle wymyśliłam, że gotowane jajko jest idealnym śniadaniem, a skoro u mnie w domu zmywarka jest włączana na noc, to będzie się cudownie obudzić ze zrobionym już śniadaniem, czekającym w kuchni (w zmywarce). Według artykułu i ekspertów Sweco jajka powinno się obwinąć w folię i myć w najwyższej temperaturze na jaką nam nasza zmywarka pozwala. Ponieważ folia wydała mi się taka sztuczna, foliowata i mało ekologiczna postanowiłam jaja umieścić w szczelnym pojemniku. 

Jaja przed myciem.


To najprawdopodobniej był pierwszy błąd, ponieważ jajka nie mają bezpośredniej styczności z gorącą wodą, a są izolowane przez powietrze w pudełku. Drugim błędem był najprawdopodobniej nieodpowiedni tryb zmywania. Ponieważ to było codzienne lekkie mycie, bez zaskorupiałych sosami garów i przypalenizn na patelniach, w temperaturze 55* w tak zwanym trybie ekonomicznym. Po umyciu uzyskałam 3 idealnie nieugotowane jajka.
Możliwe że przyczaję się na następne gotowanie jajek, kiedy będzie szansa na użycie zmywarki w najcięższym trybie. Następnym razem się uda.
Idealnie nieugotowane jajka.

A na śniadanie dzisiaj były kanapki.

środa, 9 kwietnia 2014

Gotowanie dla leniwych

Dzisiaj porozmawiajmy o dość kontrowersyjnym ale modnym temacie gotowania w zmywarce. Gotowaniu żywności nie gotowaniu brudnych garów. Pierwszy raz trafiłam na to już ponad pół roku temu przeglądając buzfeed food. W artykule opisującym tricki i lifehacki na szybsze przyrządzanie potraw pojawiła się wzmianka o używaniu zmywarki jako rodzaju wolnowaru. Zaszokowało mnie to, bo okazało się że mogę wypróbować czegoś co przypomina trochę metodę sous-vide we własnym domu. Jakaś Amerykanka już zdążyła nawet napisać książkę kucharską z przepisami za zmywarkę i stała się gwiazdą różnych talk shows- teraz nawet Oprah Winfrey zachęca do przygotowywania potraw w ten sposób.
Drążąc temat w języku polskim natknęłam się na artykuł sprzed trzech lat mówiący między innymi o tym jak można oszczędzić prąd i być bardziej przyjaznym środowisku podczas przygotowań do Wielkanocy. Gotowanie w zmywarce ma w założeniu oszczędzać czas i energię potrzebną do przygotowania posiłku. To nie jest tak że mamy puścić zmywarkę żeby sobie coś ugotować- takie komentarze dominują pod większością polskich artykułów na ten temat. Chodzi o to, żeby przy okazji zmywania ugotować obiad i podać go na czystych talerzach ;)
Co jest nam potrzebne do gotowania w zmywarce?
Dużo szczelnych plastikowych pojemników do przechowywania, takich które też nadają się do podgrzewania rzeczy w mikrofalówce. Można też używać do tego słoików- wydaje mi się że ograniczają nas swoim kształtem w pewnym sensie. Trochę inwencji twórczej i fantazji kulinarnej. Szczególnie nadają się do takich eksperymentów ryby i niektóre warzywa (brokuł, fasolka, groszek, kalafior czy szparagi).


Dwa kawałeczki dorsza, okraszone solą, pieprzem, pietruszką z cytrynką gotowe do mycia. 

Każda zmywarka ma inne programy i długości cykli myjących. Moja ryba była 'myta' w temp 65*C przez ok 90 min. (90 min mija od włączenia się cyklu do tego aż maszyna zapika i mówi że to koniec, jaka dokładnie temperatura utrzymuje się przez cały czas- nie wiem)


Ugotowany dorsz w ziołach, konsystencją ryba przypominała taką ugotowaną na parze, mogłam użyć zdecydowanie więcej soli. Aha! Nie, ryba nie smakowała mydłem. 
Metoda ta, ma jednak dla mnie pewien minus- u mnie w domu zmywarkę włączamy po obiedzie lub na noc, po tym kiedy są zebrane brudne naczynia przez cały dzień. Wyciągamy je rano, przed śniadaniem.
Myślę, że następnym razem spróbuję tego sposobu na gotowanie jajek (ale też zapakuje je do pudełka a nie do folii)- będą jak znalazł na śniadanie!

wtorek, 1 kwietnia 2014

Life hack #2

Dzisiaj prosty temat na lifehack- CHLEB. Od dziecka jest nam wpajane, że chleba się nie wyrzuca, bo ma on symboliczne znaczenie w naszej kulturze i a bardziej przyziemnie- jest podstawą przynajmniej naszych dwóch posiłków dziennie. Jeśli nie ma chleba to znaczy że głodujesz. Język polski pełen jest frazeologizmów i powiedzeń z nim związanym. Nie mieć na chleb to znaczy być biednym, a nawet najbiedniejszym. 

Jesteśmy dumni z prawdziwego chleba na zakwasie i pogardzamy sztucznym w naszym mniemaniu chlebem tostowym. Cena bochenka chleba jest jednym z najważniejszych wyznaczników dla naszych domowych budżetów. Robimy chleby pszenne, żytnie i razowe. Trendy jest samemu umieć upiec bochenek- wiadomo domowy najlepszy. Natomiast starsi zarzucają nam że nie znamy smaku prawdziwego chleba to teraz to tylko polepszacze i polepszacze i że wszystko takie nadmuchane.


Zostaje nam znaleźć jakieś rozwiązanie- co zrobić z tą resztką chleba, tego sprzed kilku dni, takiego suchego i twardego, żeby go nie wyrzucić. 


Została mi gruba piętka od komiśniaka, to taki razowy chleb wypiekany w foremce- w kształcie przypomina tostowy. Pomyślałam, że można go
upcyclingować na zagęszczacz do sosów. Kroimy taką sznytkę, kromkę, na malutkie kosteczki i pozwalamy aby wyschła. Przechowujemy w słoiku. Podczas duszenia mięsa, na etapie robienia sosu- wsypmy garstkę, łyżkę tego suchego chleba do sosów własnych mięsa... dajmy temu wszystkiemu trochę czasu aż chleb się "rozpuści". To trochę jakby zagęszczać mąką lub zasmażką. Szczególnie dobre do tego są chleby razowe, ciemne, na zakwasie ale nie z ziarnami lub przyprawami. Sos do mięsa zyskuje zaskakujące walory smakowe: drożdży i zakwasu. 



Google szaleje z autoefektami.

Smacznego!



czwartek, 6 marca 2014

Prosty projekt upcyclingowy

Powszechnie znana prawda głosi*, że udomowiony zwierzak potrzebuje do szczęścia tylko zabawek. Inna teoria natomiast zakłada że każdy zwierz ma w pogardzie wymyślne kupne akcesoria, o ile nie wydają z siebie przenikliwych dźwięków, i wybiera sobie sam to czym będzie się bawić. Będąc w kohabitacji z dwoma kotami i psem, potwierdzam- każde z nich robi co chce, bawi się czym chce i śpi gdzie chce. Koty są bardzo wybredne, jednak znaleziony w odpowiednim czasie kawałek jakiegoś listka potrafi zapewnić im rozrywki na dłuższy czas. Pies natomiast interesował się butami, udało nam się to hobby zabić w zalążku, jednak czasem znajdujemy jakiś porzucony sweter/bluzę leżącą w zupełnie innym miejscu niż wcześniej. Postanowiłam wykorzystać zamiłowanie mojej Whisky do tekstyliów i zrobić mały upcyclingowy projekt. 
Upcycling to proces przemiany bezużytecznych przedmiotów lub materiałów w użyteczne, przez wykorzystanie ich przy tworzeniu nowych rzeczy, często o zupełnie innym przeinaczeniu niż oryginał. Jak zmienić starą koszulkę w zabawkę dla psa?

Co jest nam potrzebne?

- stare koszulki
- nożyczki
- minimalne zdolności manualne



1) Koszulki odcinamy "pod pachami". Część bez rękawków potnijcie na paski.



2) Poszłam na łatwiznę i cięłam kilka warstw na raz. Nie jest to najlepszy sposób jeśli potrzebujemy równych pasków- na zabawkę dla psa się nada.



3) Rozciągamy paski, materiał z których są robione koszulki jest najczęściej dziany, więc zmieni się w piękne ruloniki.


4) Przystępujemy do plecenia. Zrobiłam trzy warkoczyki, które potem zaplotłam w jeden wieki warkocz.


5) Największą trudność sprawiło mi sprawienie, żeby wszystko trzymało się i nie rozlatywało. Psy lubią tarmosić takie zabawki. Najlepiej jest zabezpieczyć to supłami na końcach- mi prawie się udało.


6) Dać psu do zabawy.
Whisky ze swoją nową zabawką.
*Znowu przeczytałam "Dumę i uprzedzenie" Jane Austen.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Inne do czytania

W końcu zostałam dziennikarką! Ok, może nie od razu panią redaktor albo gospodynią telewizyjnego show, ale jestem opublikowana. Ze stroną Wroclaw Uncut współpracuję od początku, jako- khm khm- konsultant i od zawsze chciałam dla nich coś napisać. Językiem angielskim posługuje się biegle, ale pisanie czegoś tak aby mogło dorównywać poziomowi native, to naprawdę ciężka praca.
Tutaj link do wywiadu z właścicielką Pierce of Cake

środa, 12 lutego 2014

Life hack #1

Franz Eugen Köhler, Köhler's Medizinal-Pflanzen via. http://commons.wikimedia.org/
Lubię imbir, przypomina mi wszystkie smaki z Azji. Jest niezastąpiony do mojej ulubionej letniej lemoniady. Jednak kupujemy zazwyczaj jak najmniejszy kawałek, bo mało go zużywamy podczas przyrządzania potraw- potrafi zdominować smak i stosunkowo szybko więdnie w lodówce- natomiast trzymany poza nią potrafi zacząć kiełkować (bywa że kiełkuje w lodówce).

Po pierwsze taki kiełkujący imbir warto wsadzić do jakiejś doniczki z ziemią i za kilka miesięcy mieć piękny ‘kwiatek’ o intensywnie zielonych ozdobnych liściach.

Po drugie- czas na life hack!
Wiele przepisów wymaga świeżo startego imbiru- każdy kto próbował tego dokonać wie jak wygląda przegrana z włóknistym wnętrzem tego rozkosznego kłącza. Wrzucanie natomiast odkrojonych kawałków kończy się najczęściej przeimbirzeniem.
Po zakupie, przekrójmy imbir na dwie części (tak żeby mieć widoczne żółte wnętrze, czy wzdłuż czy w szerz nie ważne) i wrzućmy go do zamrażarki. Tak o, bez obwijania w folie. Zmrożony nie traci aromatu i przechowuje się bardzo długo. Kiedy jest nam potrzebny w zwyczajny sposób go ścieramy na tarce o małych oczkach bezpośrednio do dań i napojów.